NASZA SZKOŁA
PRAKTYKI ZAWODOWE
WARSZTATY SZKOLNE
OGŁOSZENIA
DLA MATURZYSTÓW
DLA GIMNAZJALISTÓW
   

European Language Label - Edycja 2013/2014

   
 
   

PRAKTYKI ZAWODOWE NA WĘGRZECH

Wstęp

Karmelizowaliśmy w Monarchii

 

WSTĘP

W dniach 01.10 - 07.10.2012 roku 12 - osobowa grupa młodzieży wraz z czterema opiekunami odbyła partnerską wizytę w gastronomicznej szkole w Szolnok. Dzięki staraniom Dyrektor Jolanty Wikło i nauczycieli ZSGiH o podtrzymanie 11 - letniej współpracy pojechaliśmy z uczniami na Węgry po raz siódmy. Gościnność i serdeczność naszych Gospodarzy - całej społeczności szkolnej z Panią Dyrektor Hildą Szekelyne Laub na czele, przeszła nasze oczekiwania. Podczas licznych spotkań czuliśmy się wszyscy jak jedna wielka rodzina, poznaliśmy Węgry i ich mieszkańców prawdziwie, w sposób, którego nie odda nawet najlepszy przewodnik turystyczny.

Podczas posiłków w Szkole i restauracjach degustowaliśmy tradycyjne węgierskie potrawy takie jak: zakąskę lángos czyli pieczony na oleju placek, dania obiadowe t.j.: zupę gulaszową Gulyásleves, owocowy chłodnik, lesco, töltött káposzta - odpowiednik naszych gołąbków, aromatycznie przyprawione grillowane mięsa z popularnymi kluseczkami galuszkami, a na dopełnienie kaloryczne desery, którym trudno się oprzeć: palacsinta - słodkie naleśniki nadziewane dżemem lub serem z rodzynkami, strudel z jabłkami Vegyes Rétes, tort Dobosz, czekoladowe biszkopty z bitą śmietaną, przepyszne ciasteczka. Nasza młodzież miała niepowtarzalną sposobność sporządzić wymienione, a także wiele innych smacznych potraw podczas dwudniowych praktyk zorganizowanych w wiodących w mieście zakładach gastronomicznych oraz markowej cukierni t.j.: Garden Hotel, Hozam, Hotel Tisza, Galeria, Dreiher. (.)

Po tygodniu pobytu pełni wrażeń wróciliśmy do Polski. W naszej pamięci na zawsze pozostanie niezwykły urok uliczek miast i miasteczek naddunajskiego kraju, łagodny, ciepły klimat południa, kojące działanie leczniczych wód termalnych , a nade wszystko polsko-węgierska przyjaźń.

Opracowała: Dorota Wojciech-kierownik szkolenia praktycznego

powrót do góry strony >>

 

"KARMELIZOWALIŚMY W MONARCHII"

Sami już zresztą dokładnie nie pamiętamy, czy widzieliśmy jeżdżące samochody, czy może to było tylko złudzenie, a dość charakterystyczny odgłos silników być może pochodził z manufaktur włókienniczych i cisańskich wodnych autostrad, gdzie barki odbywają więcej kursów między Szegedem a Zentą, niż dane jest chyba wziąć oddechów zwykłym Węgrom. Jedno jest pewne. Puszta witała jesień. I w czasie, gdy w naszej Polsce podwórka zapełniały się sadzą z kominów, bo było już zimno, Monarchia cieszyła się słońcem. Tak, to było w październiku Anno Domini 1912. Czy może 2012? Zamieszanie czasowe to chyba najgorsza rzecz, jaka nas spotkała w czasie tej wyprawy. Z Bielska-Białej kierowaliśmy się z nieświadomością, co nastąpi. Idąc do sklepu, nie byliśmy pewni, czy znajdziemy już elektroniczne kasy, a na półkach żywność konserwowaną jak współcześnie. Po przekroczeniu słowackich granic (czy znów austrowęgierskich?), wszystko rzeczywiście się odmieniło. Na pola wróciły konne zaprzęgi, jakość dróg się zmieniła - na próżno szukać asfaltowych traktów, no, i ludzie też ulegli metamorfozie, a zwłaszcza ich stroje. Gdzieniegdzie jednak mogliśmy zauważyć uniwersalne nowinki z wieku współczesnego. Raz czy dwa Paweł zauważył telewizor w dziewiętnastowiecznej kamienicy, zdobionej cegłami, a już wspólnie kupiliśmy czekoladę opakowaną w foliowe tworzywo z drukowanymi informacjami o kontakcie mailowym z producentem w razie uwag dotyczących nadzienia. Pomieszanie z poplątaniem.

1 października (już niewiadomo którego roku), po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy, jak telefon, ładowarka, leki, odtwarzacz MP4, trochę trwałego prowiantu, w tym ekspresowe kisiele i zupki, i dotarciu na miejsce, rozczarowaliśmy się, bo oto większość bagażu, jaki zabraliśmy w podróż, okazała się totalnie nieprzydatna i nawet nieużyteczna, martwa. Bo kto naładuje telefon w domu, w którym pojęcie prądu jest obce? Cel wyprawy był jednak inny. Krótkie, dwudniowe praktyki w cukierni "Marcepan" w Szolnok jednego ze znanych węgierskich malarzy. Nazajutrz więc, pozbawieni już technicznych, nieużytecznych nowinek, zakasaliśmy rękawy i serdecznie przywitani przez mistrzów cukierniczych zabraliśmy się za naukę receptur ciast i dekoracji czekoladowo-marcepanowych. Na pierwszy ogień - pięciopiętrowy, narodowy, waniliowo-kakaowy z górną, karmelową warstwą tort Józsefa Dobosa, jednego z najsłynniejszych Węgrów w dziedzinie pieczenia arcydzieł cukierniczych. Premiera tortu odbyła się w roku 1885, więc stosunkowo niedawno. Około trzydziestu lat temu. Cukiernik sam ułożył przepisy i kolejność dodawania składników, a na Narodowej Wystawie Powszechnej w Budapeszcie - jako jednym z pierwszych - dane było spróbować tego prostego, ale i eleganckiego specjału Franciszkowi Józefowi I i jego żonie, Elżbiecie Bawarskiej, znanej też jako Sissi. Niesamowicie słodki i rozbrajająco pyszny konkurent Sachera i Rigó Jancsi. Na Węgrzech nazwa ciasta jest też przedmiotem dowcipów. Czasem uważa się, że jego nazwa pochodzi od dobosza - czyli bębniarza, bowiem karmelowa polewa jest tak twarda, jak sam instrument. Nie sposób nie spróbować jeszcze półproduktów tortu. Nie sposób też odczekać zalecanych dwunastu godzin na przegryzienie się kakaowo-kawowego nadzienia z waniliowymi piskotami (biszkoptami). Nie odstąpiliśmy więc od reguły i już wkrótce po upieczeniu tort po prostu znikł jak znikły też wszelkie nowoczesne narzędzia.

Dzień drugi poświęciliśmy już samym dekoracjom. Młoda cukierniczka Barbara pomogła nam okiełznać płynącą jak Dunaj czekoladę i ciągnącą się masę marcepanową. Pączki róż, drabinki, pałeczki, stokrotki, krzaki, liście - asortyment można by wymieniać do późnej nocy. W jednym dniu powstała cała flora węgierska, a i flota oraz drobne narzędzia pracy pod postacią czekoladowych zygzaków. To pamiątka po najazdach tureckich. Węgrzy uwielbiają ozdabiać, lukrować, polewać, dekorować, smarować. Być może wynika to z samego geograficznego położenia kraju, bowiem większość zajmują bezkresne, puste, surowe niziny. Próżno tu szukać ozdobnych pagórków czy wzgórz, już nie mówiąc wcale o prawdziwych wzniesieniach pokroju choćby Beskidów. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do pokonywania dystansów poprzez falujący teren i zaraz nieprzesadnego dekorowania. Zaś Węgrzy przeciwnie. To nas różni. Zupełnie inne posiadamy też języki, mimo że w czasie pracy cukierniczej wielu próbowało dyskutować po niemiecku. Różnimy się też temperamentem. Tamtejsi bywają bardziej żywiołowi i częściej ulegają impulsom.

Dzień drugi wyprawy ulegał końcowi. Wszystkie wytwory zostały dawno spałaszowane. Pozostało się więc delektować krajobrazom i gościnności tubylców. Powoli nam jednak doskwierał brak telefonu czy telewizora. Nie to jednak było priorytetem. Woleliśmy znaczniej ciekawsze rozmowy i eksplorację Monarchii. Toteż ulegliśmy namowom i pozostaliśmy aż do niedzieli, krążąc po nizinach i próbując innych specjałów kuchni przenikanej przez Austrię, Bośnię i Rumunię. Odwiedziliśmy też Budapeszt, chyba ulubione miasto księżnej Sisi. Znacznie bardziej wolała przebywać w panońskiej krainie, niż w wiedeńskim harmiderze. Pozwoliliśmy sobie też na zapuszczenie się na północ, do Tokaju. Jakże tamtejsze piwnice są bogate w winne beczki.

Przygoda cesarska się nie skończyła. To, że wróciliśmy do Polski w 2012 roku, wcale nie oznaczało zwyczajnego powrotu z podróży, jakie można odbyć na co dzień. Monarchy i jego dworu nie poznaliśmy. Natknęliśmy się jednak na coś znacznie bardziej wartościowego i wpadającego w pamięć aż po dziś dzień. Jedliśmy, piliśmy, spaliśmy i oddychaliśmy dziejami. Cesarską i królewską Monarchią austrowęgierską.

Tomasz Śliwak i Paweł Mroczko


powrót do góry strony >>

 

 
  Copyright © 2011 ZSGiH Polityka Prywatności